|
Niekrótkie sprawozdanie o locie - "Po diament nad Tatrami"
Głęboki niż nad Danią w najmniejszym stopniu nie nastrajał do marzeń o fali tatrzańskiej. Na wszelki wypadek,
uprzedziłem Halinkę, że po południu mogę być zajęty i bez żadnych sensacyjnych zapowiedzi odwiozłem ją na dyżur
medyczny do OPLA. Nawet gdybym powiedział, że wybieram się na falę do Nowego Targu nie zrobiłbym żadnego wrażenia. To
codzienne, bezefektywne, polowanie na falę tatrzańską we wszystkich komunikatach pogody, stało się taką zwykłą
normalką. Usłyszałbym - Aha! - na falę! tak, tak, rozumiem.
Przejeżdżając zakorkowane skrzyżowania Gliwic, w kierunku lotniska, bardziej zwracałem uwagę na zaspanych przechodniów
niż na komunikaty pogody w radiu. Wiadomo, ciepło, brzydko, będzie jeszcze bardziej szaro. Ale jakiś instynkt
podszeptywał, by po dojechaniu na lotnisko, zadzwonić na Kasprowy Wierch do METEO. Gdy wysiadłem z auta w garażu
aeroklubowym i zatrzasnąłem drzwi usłyszałem spieszne kroki w korytarzu. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem Krzysia
Piekarczyka. Spojrzenie nam wystarczyło. Krzyknęliśmy FALA!!! Mówili coś w radiu? - ja nie słyszałem! Krzysiek wypalił
- w RMFie - tylko fragment komunikatu słyszałem z drugiego pokoju i słowo "halny". Krzychu dzwoni na Kasprowy, ja
wyprowadzam auto z garażu i powiadamiamy Jasia Isielenisa. Jak zwykle w takich przypadkach każdemu czegoś brakowało.
Krzysiek nie ma czapki i barografu a ja nie mam rękawiczek. Umawiamy się, że Krzysiek pojedzie do domu po te rzeczy a
ja dzwonię do Jaśka. A co z Kasprowym? Już - jedna chwila!Po minucie wiadomo, na Kasprowym jest 18 m/s, w porywach do
25 i kierunek 210. Nie ma co! Jedziemy!
Po kilku minutach jesteśmy pod domem Jaśka i cholerujemy, bo Jaś musi urlop załatwić, przyjechać z pracy do domu po
"torbę falową" itd. itd. W tym momencie spadł na ostatnią pozycję. Każda minuta nam się dłuży. Jest Jaś i jedziemy aby
szybciej autostradą na Kraków i na Zakopiankę. Po drodze wszystkie traktory, przyczepy i Tiry mają za swoje. Ja
wpatrzony w drogę wyciskam koniki z pod pedału a oni w najlepsze prowadzą zajęcia teoretyczne o chmurach. Już w
Krakowie miałem dość. Czy innych tematów już nie ma. Każdy obłoczek był badany, przyrównywany do słynnej soczewki
Aclent. Gdy po wszystkich serpentynach zjeżdżaliśmy do Nowego Targu serce nam zabiło mocniej. Na halniaka to nie
wygląda ale jest godz. 11.30 a tu sobie do lądowania podchodzi Jaczek. No teraz się okaże, że mamy n-te miejsce w
kolejce. Już pluliśmy sobie w brodę, że nie nocowaliśmy w słynnym "Hiltonie" na lotnisku. Jeszcze pod kiosk by Jasiek
kupił film "bo se zapomniał". Dobrze, że to poniedziałek - bo gdyby przyszło nam jechać w dzień targowy to by była
przeprawa. Ostatni odcinek drogi był prawdziwym finiszem.
Po ostatniej wizycie Papieża drogą jedzie się jak po stole z dużą uwagą na głębokie rowy. Jesteśmy na miejscu i
okazuje się, że nie jest źle. Jesteśmy w kolejce na 3, 4 i 5 miejscu a pierwszych dwóch już lata od godziny.
Meldujemy się u Szefa Wyszkolenia Tadzia Śwista, krótka odprawa i do maszyn latających. Pośpiesznie wyciągamy szybowce
z hangaru. Mechanik Franek Kolasa klnie siarczyście po góralsku: "Kruca i kruca i kruca, z urlopu człowieka ściągają,
kiedyż cłek tyn urlop wykorzysta. W lato nie dadzą, bo sezon, ka w zimie trafiają się ci od diamentów. Można ogupieć".
Czyżby Franek zapomniał, że już od dawna ma diament falowy. Na dodatek zatrzymuje się pompa do tlenu i prosi o mały
remoncik. Moi przyjaciele walczą w piwnicy z kopciuchami do barografów a ja się pakuję do Juniora, pomaga mi Jasiek i
czekam na Tadzia Śwista, mojego holownika halniakowego. Krótki instruktaż przez radio: uważaj bo będzie ostro,
ruszamy. Już od ziemi rzuca okropnie. Start na zachód trawersem z obawą, aby skrzydło nie przytarło o ziemię i
trawersy, i uskoki nad Dunajcem prawie do wałów by, nagle porwać nas i wystrzelić jak z katapulty kilkadziesiąt metrów
do góry, by zaraz rzucić nas kilka metrów w dół.
Jestem tak spięty, że z wrażenia i emocji muszę pamiętać o oddychaniu. Huk jak w tartaku. Wentylatory i okienko same
otwierają się i zamykają a mikrofon na sprężynkowanym kablu jest normalnie żywy, próbuje mnie zaatakować, jego klips
okazał się za słaby. Hamulce aerodynamiczne odbezpieczone w pogotowiu, ja szybowcem, głęboko pod strugami
zaśmigłowymi, staram się utrzymać stałą pozycję, lecz wszystko się zmienia ciągle i niespodziewanie. Kątem oka
dostrzegam końcówki skrzydeł, które tak machają, że zadaję sobie pytanie czy to +, - g przewidział konstruktor
Juniora. Zadarty do góry Jaczek nabiera wysokości i lot się trochę uspokaja, na tyle, by zerknąć na przyrządy. Co my
tu mamy - wszystkie wskazówki się ruszają we wszystkie strony, kulka tańczy z pędzlem lub przeciwnie tylko
wysokościomierz majestatycznie powoli przesuwa się do góry. Ale co to, jesteśmy przed rotorami, esujemy ze skrzydła na
skrzydło a tu 2.200 m nad poziom lotniska. Mam wątpliwości czy nie przestawił mi się wysokościomierz? I czy Tadek nie
planuje przejścia nad rotorami. Niewiele rozumiem z tej taktyki ale mój dowódca ciągnie mnie na lince, która nie
wiedzieć czemu się nie zerwała.
Ta chwila luzu była bardzo potrzebna. Nagle tak fuknęło, myślałem, że to chwilówka ale zaczął się nowy inny taniec na
linie. Wariometr pokazuje jakieś głębokie poszarpane minusy, stery wymiękły, lina się zluźniła a wysokościomierz
odkręca się z zawrotną prędkością. Maska tlenowa wpija się w gardło i bardzo przeszkadza w ruchach głowy. Samolot
przepada w skrajne dolne położenia, najchętniej pod moją maskę a ja manewruję bez przekonania, że robię to dobrze.
Wszystkie zasady prawidłowego pilotażu są pod znakiem zapytania, bo mam wrażenie, że nie nadążam za zmianami, które
narzucają uderzenia rotoru. Jedno, co mnie trzyma w przekonaniu, że robię bezwzględnie dobrze to otwarte pełne hamulce
aerodynamiczne; trawersy tylko popuszczane, by wyjść na kierunek i stałe napinanie liny, by jej nie zerwać.
Bezpiecznik jest chyba cienki jak włos. Prędkościomierz skacze ponad 150 km/h a my spadamy w dół. Ta jazda trwa w
nieskończoność. Poronin jest bardzo blisko, przesuwa się tak wolno, że mam wrażenie, iż stoimy w miejscu. Przez głowę,
przelatują mi wszystkie możliwe warianty lądowania przygodnego i w zasadzie zaczynam przyzwyczajać się do tej
zwariowanej podróży. Przed nami Zakopane a spod rotoru wyłania się oświetlony słońcem mur halniakowy. Przelatujemy
przez dolne pióra rotoru i nagle dziwne uspokojenie. Wariometr oparł się o prawy zderzak a Tadek krzyczy przez radio:
Wyczep się! Wyczep się!
Zameldowałem: wyczepiony. Dobrze nosi. Mam 9 m/s. Spostrzegłem, że samolot zrobił się malutki. Zostawiłem ciebie na
1.450 m. Ładnie spadaliśmy pod rotorem 800 metrów.
Teraz wiem za co kochamy Tadka Śwista. Rozglądam się na boki, bo jakoś szaro. Rotor mnie wciąga. Za mała składowa
prędkość. Wio na 160 km/h. Powoli wychodzę z tych firanek i robi się cudownie. Pode mną kipiące chmury, gotują się
kłęby pary wybuchające do góry i zaraz gdzieś nikną bez śladu. Bliskie chmury kotłują się z nieprawdopodobną
prędkością. Ten widok poraża wyobraźnię. Przyczyną ruchu jest huraganowy wiatr nad szpiczastymi skałami. Wał muru
halniakowego jest przeogromny i oblepia dokładnie całe Tatry a za nim morze chmur, aż po horyzont. Szczelina pomiędzy
murem halniakowym a rotorami jest wąska, a w niej widać w Zakopanem, rondo pod Kuźnicami aż do skoczni narciarskich i
dalej do Kir. Wariometr pokazuje 10 m/s. Z wrażenia zapomniałem, że co 500 m trzeba meldować wysokość. Melduję 3.500 m
i włączam tlen. Wskazówka wysokościomierza zasuwa tak jak sekundnik mojego zegarka. Przeliczam ile wznoszenia może być
na sekundę 14 a może 16 m/s.
Mam 5.500 m i przestawiam tlen na 6-tkę. Na pewno mam złotą i I klasę. Spada noszenie 8, 6 i 4 m/s. Prędkość 90 m/h.
Zaczynam się martwić, czy aby tu się wszystko nie kończy. Niż nad Danią, u góry może być wiatr zachodni. Mam 1 do 2
metrów. Pode mną góry z chmur i nie ma punktu odniesienia. Przechylam głęboko szybowiec w lewo, w prawo. Zakopane jest
na zachód a pode mną odsłonięty czubek Wołoszyna. Dobrze go pamiętam. W listopadzie latałem nad nim przez 4 godziny i
miałem 4.300 i ani metra więcej. Wtedy 300 m zabrakło mi do złotej odznaki. Morze chmur dolnego pokrycia się
uzupełnia, a górą tworzy się pokrycie z coraz gęstszej mgły i przesłania słońce. Odkrywam brak noszenia a nawet mam -
2 m/s, niedobrze, skręcam w lewo na południowy wschód i rozpędzam się - do przodu. Jest +1 i przesuwam się
teoretycznie w kierunku Morskiego Oka, bo wszystko zakryte i jest coraz lepiej +2, +3 noszenia rosną. Na wyczucie
ciasno esuję w tym noszeniu, prędkość 85 km/h. Tlen na maxa. Sprawdzam ręce, bez rękawiczek nie zmarznięte i paznokcie
prawidłowe, w nogi chłodno, ale bez większych wrażeń. Wysokość 7.400 m temp.ok. - 45 C. Rozluźniam się trochę. Miałem
fotografować. Aparat foto działa i robię kilka zdjęć i przesuwam się pod coś do przodu, co wygląda jak krawędź
soczewki.
Dotykam szybowcem tej mgły i kabinka skrzy się miliardami iskierek. To cirrus. Oszroniło całą kabinkę i wpadłem na
słońce. Nic nie widać. Dobrze, że mam okulary słoneczne, ale z boków światło nie daje patrzeć. Rozglądam się
niespokojnie. Czyżby lot w IFR-rze.
Pędzel działa a nad przednim wentylatorem jest eliptyczny prześwit i po lewej stronie od okienka, wielkość dłoni,
przeźroczysta strefa plexi. Dobrze, że nikt nie meldował tej wysokości. Ja melduje 7.500 m obracam się na północ i
zastanawiam się przez chwilę co robić? Głos Tadzia Śwista pobudza mnie do działania. Ostrzega on, że nad górami i
Nowym Targiem robi się pełne pokrycie. Ten niż nad Danią. Może być gorzej niż źle, a ja nie zabrałem GPS -a. Otwieram
pełne hamulce, ruszam lotkami, sterem kierunku i wysokości. Wszystko działa. Prędkość 160 km/h i przez powiększające
się okienka w szronie szukam jakiejś dziury w chmurach. Jest jedna, przez którą widać coś, co na pewno jest ziemią,
ale bez szczegółów. Trzeba schodzić stromo. Kabinka się wolno oczyszcza. Pęd powietrza i zniżanie robią swoje. Celuję
w tę dziurę w chmurach, którą trudno określić, jaka jest duża i jak do niej daleko. Wszystkie odcienie bieli i żadnego
punktu odniesienia. Wiatr tylny przepycha mnie szybciej na północ niż sobie obliczyłem i to tajne przejście wślizguje
mi się pod maskę. Dwa obszerne ruchy sterami dla pewności, że nie zamarzły i wykonuję stromą prawą spiralę na
hamulcach. Pilnuję prędkości 160 i nie więcej. Spoglądam na lewe skrzydło, bo tu kabinka jest najbardziej odszroniona.
Widzę skrzydło lewe, którego krawędź natarcia przykryta jest śnieżnobiałym iskrzącym się dywanikiem a ponad skrzydłem
jest stożkowy tunel w chmurach, w którym się wkręcam stromo na szybowcu.
Odwracam głowę w kierunku spirali i po chwili przelatuję z ogromnym impetem przez wąską szczelinę, jestem pod
podstawą. Jest 3.500 m a pod lewe skrzydło wchodzi zapora w Czorsztynie. Jestem bardzo spięty i nie odpuszczam tej
zapory z oczu, wyprowadzam ze spirali przekręcając się w lewo tak, by zaporę mieć po prawej stronie. Teraz dopiero
zamykam hamulce i ustawiam się na lotnisko w Nowym Targu. Jest bardzo silny wiatr, bo lecę głębokim prawym trawersem
na zachód. To, że dolatuję do Nowego Targu, nie mam wątpliwości, ale gdzie jest lotnisko. Poszukiwania trwają i
trwają. Tyle razy tutaj latałem, tyle razy lądowałem, gdzie do licha są samoloty. Metodą dedukcji... droga do Bukowiny
Tatrzańskiej, most nad Dunajcem i dopiero komin ciepłowni dają współrzędne. Są Antki na stojance i jest lotnisko.
Melduję 300 m nad znakami lewa runda na kierunek 200 i lekko starannie ląduję na bardzo wymarzonym i zmarzniętym
lotnisku w Nowym Targu. Po zatrzymaniu widzę biegnącą do mnie ekipę.
Cała operacja trwała 56 min. z czego 23 min. to hol, czas wspinania się na fali ok. 21 min. i 12 min. schodzenia. Po
zatrzymaniu nie mogę wygramolić się z kabinki. Ubranie z "cebulki" na moim obszernym organizmie (186 cm / 105 kg.)
wyraźnie mnie blokuje. Koledzy pomagają mi i osiągam trawę. Wystygłem bardzo, ale nie jest mi zimno. Poruszam się
niemrawo. Wyciągam barograf. Zapisało się. Hura!
Tadek Świst szuka instruktora na kierowanie lotami. Jestem do dyspozycji. Okazuje się, że Krzysiek Piekarczyk wypuścił
na swoją kolejkę Janka Isielenisa, który właśnie lata na fali. Krzysiek teraz dopiero pakuje się do kabinki i czeka na
hol. Idę na wieżę i przejmuję obowiązki kierownika lotów. Pytam Jasia przez radio o pozycję i wysokość. Jest wysoko,
ma 5.500 m i dobre 2-3 m/s noszenie i już ma złotą. Krzysiek startuje. Pogoda pogarsza się coraz bardziej. Pełne
pokrycie jest coraz ciemniejsze. W powietrzu holownik melduje opad śniegu. Przebijanie się pod rotory nie ma sensu.
Szkoda Krzyśka, bo to On był tą iskrą, która rozpaliła ogień wśród wątpliwości. Ale co by to była za przygoda, gdyby
od pierwszego razu mu się powiodło. Co by wspominał? - Jakie widoki można obejrzeć jak się wspinasz na fali. Tam na
nic nie ma czasu. Perfekcyjne myślenie i działanie w silnym stresie oraz wcześniejsze doświadczenia gwarantują sukces
a tego, za pierwszym razem się nie osiąga. Janek melduje, że ma wysokość i diament, melduje, że kończy zadanie.
Ponieważ ciągle przechodzi z częstotliwości radaru w Warszawie na częstotliwość lotniska trudno z nim się dogadać, bo
raz jest tu, a raz tam. Przelatujący komunikacyjny informuje, że dzisiaj jest bardzo zimno - 55 stopni Celsjusza. Ja
informuję Janka o pogodzie nad lotniskiem. Pełne pokrycie. Janek decyduje się na schodzenie. W jego głosie wyczuwam,
że jest przejęty i szczęśliwy i bardzo niepewny dalszego rozwoju sytuacji. Przypominam mu zasady o ostrożnym
schodzeniu na hamulcach, o poszukiwaniu prześwitu i kontakcie wzrokowym z ziemią. Janek mi o tym nie zameldował, ale
później okaże się, że zamarzły mu baterie z zakrętomierza i tenże nie działał. Mówię mu, że podstawa się nie zmieniła.
On kwituje, że zrozumiał i czekamy. Wypatruję czy gdzieś się nie wynurzy z chmur. W zniecierpliwieniu pytam o pozycję
i wysokość. Podaje, że ma 3.500 m i nie ma kontaktu z ziemią. Musiała się zmienić podstawa chmur. Jeszcze leci na
północ. Wpadam na pomysł, aby namierzyć jego pozycję goniometrem. Jest niestety poza zasięgiem. Krzysztof lata nad
Szaflarami i przekazuje, że Janek będzie lądował - ale gdzie, nikt nie wie a przede wszystkim on sam. Sytuacja staje
się nerwowa. Tu coraz gorsza pogoda, dokoła góry i lasy. Aby się mu nic nie stało. Na pewno już wylądował a tu cisza.
Tadek Świst jest wyraźnie zdenerwowany i przekręcając Janka nazwisko co chwilę pyta: "A gdzie ten Kisielenis mógł
wylądować? 'Kruca'... a czy ten Wisielenis zna numer telefonu na lotnisko?" Aby mu się tylko nic nie stało. Napięcie
osiąga szczyt, kiedy dzwoni telefon. Dzwoni Rysiek Ptaszek Szef Wyszkolenia Aeroklubu Gliwickiego, jak zwykle
pilnujący swoich i ma dobrą wiadomość.
Janek wylądował 12 km. na południowy-zachód od Tarnowa, 3 km na północ od miasta Wojnicz. On i szybowiec są cali.
Wszyscy z radości podskoczyliśmy do góry. Nawet Tadek Świst roześmiał się, choć był przed chwilą gradową chmurą.
Pobraliśmy wszystkie namiary na tego turystę podhala. Dyrektor Staszek Świerczek dał Toyotę i wózek, Wacek dał kasę na
paliwo i namiary na rachunek, z Krzysiem Piekarczykiem wyruszyliśmy w drogę. W jedną stronę 120 km. Janka zastaliśmy w
Wojniczu przy skrzyżowaniu, na rowerze. Jadąc przed nami zaprowadził nas do szybowca. Krzątali się przy nim koledzy z
Rzeszowa, którzy też byli z nami na fali. Im się nie powiodło tym razem, a teraz pomagali nam przy demontażu i
pakowaniu na wózek Juniora.
Praca przebiegała sprawnie i po chwili dziękowaliśmy Rzeszowiakom i młodzieży z okolicy i wyruszyliśmy do Nowego
Targu. O godzinie 21.50 byliśmy na lotnisku. Szybowiec i samochód przekazaliśmy portierowi, a na wieży czekał już
Tadek Świst. Wszystkie dokumenty już powypełniał, opracował moją barogramkę i powypisywał dyplomy. Czekał tylko na
barogramkę Janka. Robiliśmy wszystko na raz, chowaliśmy sprzęty, opowiadaliśmy przygody ostatnich godzin, jedliśmy,
pakowaliśmy się, śmialiśmy się. Ogarnął na nastrój zwycięstwa i satysfakcji. Wszystko dobrze się skończyło, są
diamenty - dwa. Krzyśkowi było nie tak fajnie i stwierdził, że będzie musiał z Gliwic sam na falę polować. Obiecałem
mu, że z nim pojadę nie tylko do towarzystwa, ale i polatać a przede wszystkim zrobić wymarzone zdjęcia Tatr - gór,
które wraz z żoną w ciągu kilku ostatnich lat przeszliśmy po wszystkich dostępnych szlakach - Tatr, które są
najpiękniejszymi górami świata i które chyba wszyscy bardzo kochamy. Niewiele gór daje tyle radości turystycznych oraz
daje satysfakcję zdobycia diamentu szybowcowego w sposób tak wyjątkowy, tak dziki i nieokiełznany jak Tatry ze swoim
halnym i falą tatrzańską.
Wszyscy piloci, którzy zdobyli ten diament nad nimi, wiedzą, że otrzymali cenny prezent za swój upór i talent
lotniczy, zorganizowanie, koleżeństwo i prawdziwą lotniczą przyjaźń Jaś Isielenis jest jednym z nielicznych na świecie
sportowców, którzy mogą się poszczycić dwiema odznakami z trzema diamentami, jedną spadochronową a drugą szybowcową.
Opowiadaniem tym i wierszem "Po diament nad Tatrami" w imieniu swoim i Janka
Isielenisa pragnę bardzo podziękować wszystkim, którzy się do tego naszego sukcesu przyczynili od początku nauki
latania, stwarzając możliwości i udogodnienia a szczególnie Szefowi Wyszkolenia Centralnego Ośrodka Szkolenia Falowego
w Nowym Targu instr. Tadeuszowi Świstowi i instr. Ryszardowi Różańskiemu, Szefowi Technicznemu Krzysztofowi Filusowi,
Mechanikowi Franciszkowi Kolasie, instr. Krzysztofowi Piekarczykowi, kolegom z Rzeszowa, naszemu Szefowi Wyszkolenia
Aeroklubu Gliwickiego instr. Ryszardowi Ptaszkowi, instr. Witoldowi Nowakowi i instruktorom i kolegom aeroklubowym
oraz naszym rodzinom, które już dzisiaj nie mają żadnej wątpliwości, na czym nam tak bardzo zależało. Jankowi dziękuję
za partnerstwo w zdobywaniu diamentów i za prawdziwą męską przyjaźń.
Ryszard Mandziej
|